Jak cudownie
zachłysnąć się świeżym powietrzem! Udało mi się wreszcie wyjść z tego szpitala,
by w tym czasie lekarze i wujek Edward (bo tak mi się przedstawił siwy
mężczyzna w garniturze) mogli ustalić
kilka szczegółów odnośnie mojego jakże długiego pobytu tutaj i uzgodnić parę
formalności.
Ledwo przestąpiłam próg, a przypływ świeżego powietrza rozwiał mi
włosy i delikatnie „zafurtał” długą koszulą nocną. Rozejrzałam się w zachwycie - Byłam w centrum miasta, horyzont wyglądał jak grzebień, przez co na mojej twarzy pojawił się blady uśmiech. Strzeliste budynki przywodziły mi na myśl ostre zęby wbijające się
miękko w błękit nieba… Niewiele myśląc skierowałam się na pobliską ławeczkę. Taak..tyle
się wyleżałam, a nadal jestem zmęczona... Usiadłam ciężko i odchylając głowę do
tyłu zaczęłam wpatrywać się w koronę kwitnącego drzewa. Wszystko budziło się do
życia. Tak jak ja. Zaczęło się coś nowego, lecz tym razem świat nie zapomniał o
mnie. Wystartowałam na nowo i choć wszystko wydawało mi się jakby nieostre,
nieswoje i bezsensowne, postanowiłam to przyjąć takim jakim jest. Teraz
najważniejszą rzeczą dla mnie będzie nadrobienie straconego czasu i wyjaśnienie
paru spraw.
Moje
rozmyślania przerwała nieznajoma, starsza kobieta, która na moje
nieszczęście postanowiła się dosiąść. Odruchowo odsunęłam się od niej i chyba
nie było to taktowne, gdyż spotkałam się z dziwnym spojrzeniem… nie
kontrolowałam tego, po prostu nie mogłam usiedzieć tak blisko. Nieznajoma
najwyraźniej potrzebowała towarzystwa- czegoś przed czym właśnie uciekałam.
- O, jak
mnie w krzyżach łupie! – Powiedziała ze śmiesznym akcentem, przez co
wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. Nie wiem czy kiedykolwiek spotkałam się z
takim sposobem wyrażania, własnych odczuć i taką...gwarą...? Nie odpowiedziałam nic, a mimo to, ona
kontynuowała.
– To znowu przez tę pogodę!
Wzruszyłam
tylko ramionami. Nie miałam ochoty z nią rozmawiać, teraz był mój czas na
porządkowanie umysłu. Przebywanie tak blisko człowieka sprawiało, że czułam się
źle. Nie mogłam. W pewnym momencie podniosła rękę by poprawić swoje rzadkie
włosy i opuszczając ją, niechcący mnie dotknęła. To przelało czarę goryczy. Wzięłam
głęboki wdech mrużąc oczy -nie wytrzymałam. Podskoczyłam z miejsca i rzuciłam
tylko pod nosem „przepraszam”.
Czułam, że
zachowałam się nieodpowiednio, ale to było silniejsze ode mnie. Napawała mnie
dziwnym lękiem. Nie wiem skąd wziął się ten strach, czy tyczy się wszystkich
ludzi, czy jest uzasadniony… ale nie miało to większego znaczenia w tej chwili.
Ruszyłam w stronę wejścia, obok którego stał mężczyzna w czarnym garniturze,
ten sam który był z wujkiem i lekarzami w sali. Bacznie przyglądał się całej
sytuacji i kiedy powędrowałam na górę, szedł ze mną ramię w ramię.
- Jak się czujesz
? - Rzucił mimochodem. Miał jakieś 40 lat i wyglądał na inteligentnego.
-Znośnie.
Odpowiedziałam
krótko przyspieszając kroku.
Westchnął
cicho. Widać było, że bardzo chce jakoś do mnie dotrzeć i coś mi przekazać, a
ja ogarnięta byłam tak dziwną apatią, że nie chciało mi się nawet pytać, kim
jest.
- Zostaniesz
jeszcze z dzień na obserwacji i będziesz mogła się wyrwać. Nawet nie wiesz, jak
wiele osób wyczekuje Twojego powrotu.
Drugie
zdanie dodał ciszej i ze znaczącą nutką melancholii w głosie.
Chciałam
prychnąć mu w twarz, perspektywa męczenia się z tłumami, których i tak nie
pamiętam, nie napawała mnie jakąś specjalną radością, chociaż w głębi duszy
miałam cichą nadzieję, że spotkam rodziców, zobaczę dom, stare zdjęcia i może
to pomoże mi odzyskać pamięć, a przynajmniej jej malutką część. Gdy zbliżyliśmy
się do sali, zdałam sobie sprawę, że „mieszkałam” w swego rodzaju izolatce.
Wszyscy pozostali pacjenci, przebywali grupkami, nawet jeśli nie mieli kontaktu
ze światem jak niegdyś ja. Miejsce „mojego spoczynku” było z dala od
wszystkich. Tuż obok gabinetu dyrektora, co udało mi się wyczytać na drzwiach.
Bogu dzięki, literek nie zapomniałam.
- Wujku!
Zawołałam,
gdy tylko pojawił się w moim polu widzenia. Nie zareagował, co mnie bardzo
zdziwiło.
- Panie
Edwardzie! – Krzyknął mój towarzysz drogi, zapewne chcąc mi pomóc. Dopiero
wtedy jego głowa leniwie powędrowała w moją stronę.
- Kiedy
przyjadą rodzice ?
Zapytałam
prosto z mostu. Powiedział mi wcześniej, że są zajęci, choć ta odpowiedź mnie
wystarczająco nie usatysfakcjonowała, przytaknęłam. Wręcz zrobiło mi się przykro i postawiłam
się w tej sytuacji jako matka. Biegłabym do dziecka mimo wszystko…
- Jutro
pojedziesz do domu.
Odpowiedział
oschle, wydawał się zawiedziony, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Dołączył do
nas jeszcze jeden elegancko ubrany człowiek, gładko ogolony z włosami ulizanymi
do tyłu, a ujrzawszy mnie bardzo się zdziwił, po czym uśmiechnął szeroko. Skłonił
z szacunkiem głowę i nabrał powietrza by coś powiedzieć, ale za moimi plecami
dojrzał coś co zmieniło jego zamiar. Wręczył mi torbę, a nim zdążyłam zapytać,
co to i po co, wujek Edward wytłumaczył.
- Idź się
przebierz i ogarnij odrobinę. Tutaj jest telefon. - Podał mi coś czego
wcześniej nie widziałam na oczy i nie miałam żadnego pojęcia jak się tym
posługiwać, chyba sporo zmieniło się przez te 8 lat, mimo wszystko, przyjęłam
przedmiot i wrzuciłam do torby.
*
Weszłam do
łazienki i cichutko zamknęłam za sobą drzwi. Okazało się, że lekarze
udostępnili mi swoją. Byli dla mnie bardzo mili, cała służba medyczna
zachowywała się jakbym była członkiem ich rodziny i kimś wyjątkowym. Położyłam
rzeczy na szafeczce i bardzo nieśmiało zaczęłam zbliżać się do lustra. Byłam
świadoma tego, co mogę w nim zobaczyć - odbicie obcego człowieka… Zanim
rozbiłam kilka ostatnich, decydujących kroków spróbowałam wyobrazić sobie, jak
mogę wyglądać. Jaki mam kolor oczu ? może czarne…? albo zielone jak wujek
Edward…? Może mam krzywe usta, albo odstające uszy… ? Uśmiechnęłam się w duchu.
A może wszystko naraz i wyglądam jak kosmita ? To bezcelowe… Takie zwlekanie nie ma żadnego
sensu. Stanęłam naprzeciw lustra i odważnie spojrzałam sobie w oczy.
Powoli
podniosłam dłoń i dotknęłam własnego policzka, niedowierzając, że istota
gapiąca się na mnie ogromnymi zielonymi oczyskami to ja. Byłam kobietą. Nie dzieckiem.
Kobietą! Wyglądałam poważnie, wydatne kości policzkowe nadawały smutny wyraz
mojej twarzy, ale mimo to byłam obiektywnie ładna. Króciutkie falowane, gęste włosy układały się
w artystycznym nieładzie dookoła jasnej buzi. Zmusiłam się do uśmiechu - był
ciepły i mimo, iż udawany, sprawiał wrażenie szczerego. Nie wiem jak wyglądałam
kiedyś, ale obawiam, się, że jedyną cechą jaką została są dziecinne dołeczki na
policzkach, pojawiające się ilekroć wykrzywię twarz w sztucznym uśmiechu. Umyłam
się pośpiesznie i ze swoistym namaszczeniem odsunęłam czarną torbę wyciągając z
niej jasno-zieloną sukienkę i brązowy sweterek.
- Hm… -
obejrzałam prezent ze wszystkich stron, wydawał się drogi. Podobał mi się. W
osobnym worku znalazłam skórzane sandałki i tomik poezji. Ucieszyłam się- może
okaże się, że lubię czytać i będę miała jakieś hobby.
Ubrałam nowe rzeczy i zaczęłam się kręcić dookoła. Sukienka
pasowała na mnie jak ulał. Była delikatna i mięciutka. Myślę, że lubię
sukienki..
---------------------
Ten rozdział jakoś nie do końca mi leży :P ale w następnym postaram się bardziej. Obiecuję :D