poniedziałek, 12 maja 2014

Rozdział 2.



Jak cudownie zachłysnąć się świeżym powietrzem! Udało mi się wreszcie wyjść z tego szpitala, by w tym czasie lekarze i wujek Edward (bo tak mi się przedstawił siwy mężczyzna w garniturze) mogli  ustalić kilka szczegółów odnośnie mojego jakże długiego pobytu tutaj i uzgodnić parę formalności.
 Ledwo przestąpiłam próg, a przypływ świeżego powietrza rozwiał mi włosy i delikatnie „zafurtał” długą koszulą nocną. Rozejrzałam się w zachwycie - Byłam w centrum miasta, horyzont wyglądał jak grzebień, przez co na mojej twarzy pojawił się blady uśmiech. Strzeliste budynki przywodziły mi na myśl ostre zęby wbijające się miękko w błękit nieba… Niewiele myśląc skierowałam się na pobliską ławeczkę. Taak..tyle się wyleżałam, a nadal jestem zmęczona... Usiadłam ciężko i odchylając głowę do tyłu zaczęłam wpatrywać się w koronę kwitnącego drzewa. Wszystko budziło się do życia. Tak jak ja. Zaczęło się coś nowego, lecz tym razem świat nie zapomniał o mnie. Wystartowałam na nowo i choć wszystko wydawało mi się jakby nieostre, nieswoje i bezsensowne, postanowiłam to przyjąć takim jakim jest. Teraz najważniejszą rzeczą dla mnie będzie nadrobienie straconego czasu i wyjaśnienie paru spraw.
Moje rozmyślania przerwała nieznajoma, starsza kobieta, która na moje nieszczęście postanowiła się dosiąść. Odruchowo odsunęłam się od niej i chyba nie było to taktowne, gdyż spotkałam się z dziwnym spojrzeniem… nie kontrolowałam tego, po prostu nie mogłam usiedzieć tak blisko. Nieznajoma najwyraźniej potrzebowała towarzystwa- czegoś przed czym właśnie uciekałam.
- O, jak mnie w krzyżach łupie! – Powiedziała ze śmiesznym akcentem, przez co wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. Nie wiem czy kiedykolwiek spotkałam się z takim sposobem wyrażania, własnych odczuć i taką...gwarą...? Nie odpowiedziałam nic,  a mimo to, ona kontynuowała. 
– To znowu przez tę pogodę!
Wzruszyłam tylko ramionami. Nie miałam ochoty z nią rozmawiać, teraz był mój czas na porządkowanie umysłu. Przebywanie tak blisko człowieka sprawiało, że czułam się źle. Nie mogłam. W pewnym momencie podniosła rękę by poprawić swoje rzadkie włosy i opuszczając ją, niechcący mnie dotknęła. To przelało czarę goryczy. Wzięłam głęboki wdech mrużąc oczy -nie wytrzymałam. Podskoczyłam z miejsca i rzuciłam tylko pod nosem „przepraszam”.
Czułam, że zachowałam się nieodpowiednio, ale to było silniejsze ode mnie. Napawała mnie dziwnym lękiem. Nie wiem skąd wziął się ten strach, czy tyczy się wszystkich ludzi, czy jest uzasadniony… ale nie miało to większego znaczenia w tej chwili. Ruszyłam w stronę wejścia, obok którego stał mężczyzna w czarnym garniturze, ten sam który był z wujkiem i lekarzami w sali. Bacznie przyglądał się całej sytuacji i kiedy powędrowałam na górę, szedł ze mną ramię w ramię.
- Jak się czujesz ? - Rzucił mimochodem. Miał jakieś 40 lat i wyglądał na inteligentnego.
-Znośnie.
Odpowiedziałam krótko przyspieszając kroku.
Westchnął cicho. Widać było, że bardzo chce jakoś do mnie dotrzeć i coś mi przekazać, a ja ogarnięta byłam tak dziwną apatią, że nie chciało mi się nawet pytać, kim jest.
- Zostaniesz jeszcze z dzień na obserwacji i będziesz mogła się wyrwać. Nawet nie wiesz, jak wiele osób wyczekuje Twojego powrotu.
Drugie zdanie dodał ciszej i ze znaczącą nutką melancholii w głosie.
Chciałam prychnąć mu w twarz, perspektywa męczenia się z tłumami, których i tak nie pamiętam, nie napawała mnie jakąś specjalną radością, chociaż w głębi duszy miałam cichą nadzieję, że spotkam rodziców, zobaczę dom, stare zdjęcia i może to pomoże mi odzyskać pamięć, a przynajmniej jej malutką część. Gdy zbliżyliśmy się do sali, zdałam sobie sprawę, że „mieszkałam” w swego rodzaju izolatce. Wszyscy pozostali pacjenci, przebywali grupkami, nawet jeśli nie mieli kontaktu ze światem jak niegdyś ja. Miejsce „mojego spoczynku” było z dala od wszystkich. Tuż obok gabinetu dyrektora, co udało mi się wyczytać na drzwiach. Bogu dzięki, literek nie zapomniałam.
- Wujku!
Zawołałam, gdy tylko pojawił się w moim polu widzenia. Nie zareagował, co mnie bardzo zdziwiło.
- Panie Edwardzie! – Krzyknął mój towarzysz drogi, zapewne chcąc mi pomóc. Dopiero wtedy jego głowa leniwie powędrowała w moją stronę.
- Kiedy przyjadą rodzice ?
Zapytałam prosto z mostu. Powiedział mi wcześniej, że są zajęci, choć ta odpowiedź mnie wystarczająco nie usatysfakcjonowała, przytaknęłam. Wręcz zrobiło mi się przykro i postawiłam się w tej sytuacji jako matka. Biegłabym do dziecka mimo wszystko…
- Jutro pojedziesz do domu.
Odpowiedział oschle, wydawał się zawiedziony, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Dołączył do nas jeszcze jeden elegancko ubrany człowiek, gładko ogolony z włosami ulizanymi do tyłu, a ujrzawszy mnie bardzo się zdziwił, po czym uśmiechnął szeroko. Skłonił z szacunkiem głowę i nabrał powietrza by coś powiedzieć, ale za moimi plecami dojrzał coś co zmieniło jego zamiar. Wręczył mi torbę, a nim zdążyłam zapytać, co to i po co, wujek Edward wytłumaczył.
- Idź się przebierz i ogarnij odrobinę. Tutaj jest telefon. - Podał mi coś czego wcześniej nie widziałam na oczy i nie miałam żadnego pojęcia jak się tym posługiwać, chyba sporo zmieniło się przez te 8 lat, mimo wszystko, przyjęłam przedmiot i wrzuciłam do torby.
                                                                                      *
Weszłam do łazienki i cichutko zamknęłam za sobą drzwi. Okazało się, że lekarze udostępnili mi swoją. Byli dla mnie bardzo mili, cała służba medyczna zachowywała się jakbym była członkiem ich rodziny i kimś wyjątkowym. Położyłam rzeczy na szafeczce i bardzo nieśmiało zaczęłam zbliżać się do lustra. Byłam świadoma tego, co mogę w nim zobaczyć - odbicie obcego człowieka… Zanim rozbiłam kilka ostatnich, decydujących kroków spróbowałam wyobrazić sobie, jak mogę wyglądać. Jaki mam kolor oczu ? może czarne…? albo zielone jak wujek Edward…? Może mam krzywe usta, albo odstające uszy… ? Uśmiechnęłam się w duchu. A może wszystko naraz i wyglądam jak kosmita ? To  bezcelowe… Takie zwlekanie nie ma żadnego sensu. Stanęłam naprzeciw lustra i odważnie spojrzałam sobie w oczy.
Powoli podniosłam dłoń i dotknęłam własnego policzka, niedowierzając, że istota gapiąca się na mnie ogromnymi zielonymi oczyskami to ja. Byłam kobietą. Nie dzieckiem. Kobietą! Wyglądałam poważnie, wydatne kości policzkowe nadawały smutny wyraz mojej twarzy, ale mimo to byłam obiektywnie ładna.  Króciutkie falowane, gęste włosy układały się w artystycznym nieładzie dookoła jasnej buzi. Zmusiłam się do uśmiechu - był ciepły i mimo, iż udawany, sprawiał wrażenie szczerego. Nie wiem jak wyglądałam kiedyś, ale obawiam, się, że jedyną cechą jaką została są dziecinne dołeczki na policzkach, pojawiające się ilekroć wykrzywię twarz w sztucznym uśmiechu. Umyłam się pośpiesznie i ze swoistym namaszczeniem odsunęłam czarną torbę wyciągając z niej jasno-zieloną sukienkę i brązowy sweterek.
- Hm… - obejrzałam prezent ze wszystkich stron, wydawał się drogi. Podobał mi się. W osobnym worku znalazłam skórzane sandałki i tomik poezji. Ucieszyłam się- może okaże się, że lubię czytać i będę miała jakieś hobby.
Ubrałam  nowe rzeczy i zaczęłam się kręcić dookoła. Sukienka pasowała na mnie jak ulał. Była delikatna i mięciutka. Myślę, że lubię sukienki..

---------------------
Ten rozdział jakoś nie do końca mi leży :P ale w następnym postaram się bardziej. Obiecuję :D

czwartek, 8 maja 2014

Rozdział 1.

( spójna całość tylko z prologiem i "pamiętnikiem doradcy"..)

                                                                                                                                           15 Kwietnia 2006r.

- To niemożliwe… - Wyszeptał siwy mężczyzna przyglądając się mi uważnie. Czułam się tragicznie. Nie dość, że wszystko mnie bolało; miałam ciężkie powieki, nogi jak z betonu, a ręce ze stali, to zgromadził się dookoła mnie wianuszek lekarzy i innych mężczyzn w garniturach. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ani kim są… Tak w ogóle to nie wiedziałam nic… moja głowa jakby nie należała do mnie… nic nie pamiętałam. Spojrzałam na własne ręce podłączone rurkami do aparatury i dopiero do mnie dotarło – Jestem w szpitalu.
Sekunda minęła zanim zreflektowałam się, że powiedziałam to na głos.  Twarz starszego pana który do tej pory był spokojny zaczęła ujawniać oznaki zaniepokojenia… wydawała się znajoma, ale nie byłam w stanie powiedzieć kim jest. Zaczęłam nerwowo rozglądać się po sali lekceważąc ludzi. Wszechobecna biel i chemiczny zapach przyprawiały mnie o mdłości. Czułam się tak nieswojo!
- Jak masz na imię?
Zapytał mężczyzna w fartuchu i moje spojrzenie natychmiastowo zawisło na nim. Ze wszystkich sił próbowałam znaleźć odpowiedź na to banalne pytanie… Na darmo.
- Nie wiem.
Odpowiedziałam cichutko patrząc na niego z przerażeniem.
- Ilu nas jest ?
Zapytał drugi. Leniwie przebiegłam spojrzeniem po twarzach.
- Pięciu.
Odpowiedziałam bez trudu. Obcy pokiwali głową jak jeden, a starszy mężczyzna w garniturze podszedł bliżej i ze zdumiewającą lekkością usiadł na brzegu łóżka, a razem z nim dusząca woń męskich perfum i cygar. Miał białe włosy, zmęczone oczy, głęboko osadzone na pooranej zmarszczkami twarzy.
- Wasza wysokość…- Zaczął nieśmiało.
- Kto? 
Zareagowałam  natychmiast, nie rozumiejąc dlaczego tak mówi i kim jest „wasza wysokość”.
Przełknął głośno ślinę spuszczając wzrok. Powoli podniósł rękę i zaczął nerwowo głaskać się po szyi.
-Czy może mi ktoś powiedzieć, co się stało? kim jesteście wy, a kim ja..?
Zapytałam z lekkim zniecierpliwieniem. Miałam wrażenie, że jestem jakimś obiektem muzealnym, albo unikalnym zwierzęciem uwięzionym ku uciesze tłumów.
- Byłaś w śpiączce… - zaczął jeden z doktorów – Bardzo długo… Zaczęliśmy już tracić nadzieję, że kiedykolwiek się obudzisz.
Uśmiechnął się blado.
- Cud – dodał drugi – zostałaś postrzelona gdy miałaś 10 lat i od tamtego czasu nie mieliśmy z Tobą żadnego kontaktu…
Przeniosłam spojrzenie na moje dłonie. Nie były to ręce dziecka. Zmarszczyłam brwi próbując połączyć fakty. Zapewnie nie uszło to ich uwadze, gdyż nagle w pokoju zapanowała całkowita cisza. Jak  makiem zasiał. Podniosłam głowę mierząc przenikliwym spojrzeniem najstarszego z lekarzy, tego który stał najbliżej i stwarzał wrażenie najbardziej kompetentnego.
- Jak długo… ?
Odpowiedź jednak nie nadeszła natychmiast. W pokoju dało się słyszeć głęboki wdech doktora przed wypowiedzeniem tej feralnej liczby.
- 8 lat.
Otworzyłam buzię ze zdziwienia. Z jednej strony wszystko to wydawało się kpiną, mało realną bajką… nie znajdowałam jednak argumentów na potwierdzenie tej tezy, więc przyjęłam to za prawdę. Teraz ból i zmęczenie odeszły na drugi plan. W mojej głowie zrodziło się tyle pytań… tak wiele chciałam się dowiedzieć… Jak się nazywam? gdzie się urodziłam? gdzie moi rodzice i dlaczego ktoś do mnie strzelał?
- Masz na imię Charlott.
Powiedział doktor jakby czytając mi w myślach.
- Charlott…- Powtórzyłam to imię na głos. Było ładne i dźwięczne, a co najważniejsze brzmiało znajomo.

Z pamiętnika doradcy króla.



21 Maja 1998r.

 Jest niedobrze... Nieee… to za delikatne słowo…
 To koniec...
Nikt z nas nie przewidział takiego obrotu sytuacji. Nikt nie wziął zagrożenia ze strony rewolucjonistów na poważnie. I to był błąd. Błąd, który kosztował nas życie króla i królowej…
Ciężko mi.
Antony był moim bliskim przyjacielem… Nie dość, że go straciłem, to niesamowicie ucierpiał nasz kraj.
I nie wydaje mi się, żeby ta rana kiedykolwiek się zabliźniła. Przez tyle lat poświęcałem się tylko monarchii budując z nią mocne królestwo… Oddałem wszystko, co miałem tej sprawie. WSZYSTKO. Straciłem przez to żonę!  Odeszła razem z dziećmi, bo nie mogła znieść tego, że praca  tak wiele dla mnie znaczy… Sprzedałem dom, żeby być bliżej króla! A teraz nie mam nawet gdzie wrócić...
Wszechogarniający król Chaos zapanował na dobre, buntownicy chcą przejąć władzę siłą.
 Zamieszki, ogień, setki rannych, dziesiątki zabitych…
A nie minął jeszcze tydzień od tego wydarzenia. Nie wiem co będzie dalej, a co gorsza - nie wiem czy chcę wiedzieć…
Jedynym potomkiem tego cudownego rodu panującego od setek lat jest księżniczka Charlott, a jej życie wisi na przysłowiowym włosku. Jest nieświadoma niczego, mała, bezbronna kruszynka… operowano ją i zapadła w śpiączkę. Nikt z lekarzy nie jest nawet w stanie przewidzieć kiedy i czy w ogóle się wybudzi. Mimo to, jednego jestem pewien… dopóki, dopóty będę żył, nie zostawię jej. Kiedy wszystko wróci do normy, zaopiekuję się nią jak własną córką, by jako prawowita królowa mogła wrócić na tron...
 Dlaczego to robię skoro nie potrafiłem zadbać nawet o własną rodzinę…?
Gdy przyjechała karetka Elizabeth jeszcze żyła. Resztką sił złapała mnie za rękę błagając o opiekę nad Charlott, jeśli tylko uda jej się przeżyć. W całym swoim 54- letnim życiu nie widziałem takiej paniki w oczach.,"-Edwardzie, ona nie ma nikogo oprócz nas..." Zgodziłem się.Przysiągłem.

***
12 Października 2000r.
 Dziś ktoś puścił plotkę do gazet, że widziano na ulicy Charlott…Byłem u niej w szpitalu. Nic się nie zmieniło...

***

19 Kwietnia 2003r.
„Dziś Twoje 15-te urodziny, Śpiąca  Królewno, wracaj do nas prędko, Twoje miejsce czeka.”

Prolog.



Anglia, 16 Maja 1998r.
- Proszę, Wasza królewska mość, odrobinę na prawo. O! Tak, tak, tak idealnie. A czy księżniczka może opuścić pana misia, tak żeby nie zasłaniał cudnej buźki pociechy narodu?
Posłusznie wykonuję polecenie mężczyzny mówiącego do mnie spod śmiesznej, czarnej zasłonki, mimo, iż nie podoba mi się. Nie podoba mi się to całe pozowanie, ten starodawny aparat i wąsaty pan.
- O, pięknie, pięknie. – Chwali mnie, przez co robię grymas niezadowolenia.
To już kolejne zdjęcie w tym roku. Nie wiem dlaczego tak często musimy się fotografować…
- Mamo. – Ciągnę ją za sukienkę – mogę iść się pobawić?
Ku mojemu zdziwieniu, w odpowiedzi wcale nie słyszę głosu rodzicielki, a pozbawiony wcześniejszej słodkości pomruk fotografa.
- Nie gadamy, kruszynko!
Marszczę nosek  po czym posłusznie zastygam w sztuczniej, uroczej pozie. Przyzwyczaiłam się do robienia bezsensownych i nudnych rzeczy…  lata praktyki robią swoje. Kiedy aparat wydaje typowe „pyyf” i lampa błyska mi po oczach, wiem, że jestem już wolna. Robię kroczek na bok i wracam do naburmuszonej miny, kręcąc główką.
– Czemu nie mogę jak inne dzieci!
Krzyczę tupiąc groźnie i w tym samym momencie do sali wchodzi służący oznajmiając, iż samochód gotowy. Mama kuca obok mnie, poprawiając błękitną kokardę na mojej głowie.
– No… już... Charlotte, obiecuję, że jak skończy się ta cała uroczystość, będziesz się mogła bawić do  samego wieczora.
 Patrzy mi w oczy. Jest bardzo ładna… ma długie kasztanowe włosy i jasną cerę. Myślę, że nadaje się na królową. Kiwam głową, a wtedy ona uśmiecha się ciepło, po czym odgarnia moje złote loczki z czoła.
– Mądra dziewczynka.
Łapię jej dłoń i wychodzimy za tatą. Na zewnątrz jest mnóstwo ludzi. Wołają, wiwatują, machają. Chyba nas lubią, ale boję się ich. Mam tylko 10 lat. Szofer otwiera drzwiczki do samochodu i już kieruję się by wsiąść posłusznie, gdy nagle hamuje mnie huk. Strzał. Nie wiem co się dzieje. Nie rozpoznaję tego dźwięku jako zagrożenia, do momentu kiedy ludzie zaczynają histerycznie krzyczeć. Słyszę przeszywający wrzask mamy i sekundę po tym upadający ciężar. Raptownie obracam głowę. Tata! To niemożliwe. Chcę podbiec do niego, ale nie daję rady, przez masy które próbują mu pomóc . Widzę krew. Dużo krwi. Twarz mamy natychmiast przybiera odcień prześcieradła. Ochrona chce ją stamtąd zabrać, lecz dopada ją kolejna kula i na beżowej sukience pojawia się ciemna plama krwi.
- Nie!
Krzyczę, zdając sobie sprawę co stało się rodzicom. Ktoś łapie mnie za ramiona kiedy rzucam się do nich. Zaczynam histerycznie szlochać, kopać moich ”oprawców”. Ludzie krzyczą tak głośno jak ja. Jeszcze jeden strzał. Po moim ciele rozchodzi się fala niesamowitego bólu.
- Nie, nie, nie…
Padam bezwładnie w ramiona ludzi. Zostawcie mnie…

środa, 7 maja 2014

Co to ?

Chyba czas najwyższy przelewać gdzieś swoje "mózgotwory".
Tak jaśniej się wyrażając - będę tutaj pisała. Zamieszczała we fragmentach marną powieść, którą tworzę.